Ile kasy można zarobić na pokazywaniu swojego ciała? Czy naga studentka to fetysz? Czym różni się fotografik od cwaniaka z kamerą? Czy w akademikach kręci się filmy porno? Jaka jest różnica między pozowaniem a fotograficzną prostytucją?

Historii z rozbieraniem w tle można znaleźć bez liku. Każda jest inna, każda ma inny przebieg i inny morał. Wiedzeni chęcią zajrzenia w arkana foto-porno-biznesu dotarliśmy do modelek, modeli, agencji i ludzi, poruszających się w świecie szeroko rozumianego przemysłu erotycznego. Odkryliśmy, że rozbieranie się przed obiektywem, to – w odróżnieniu od płatnego rozbierania się w innym celu – bardzo rozległy, złożony i zróżnicowany temat, który zawieszony jest gdzieś pomiędzy sztuką, zabawą, pracą i ero-biznesem. Mówiąc szczerze, dosyć często zahacza też o prostytucję.

Ale uwaga – tym razem nie mówimy o prostytucji wśród studentek ani o coraz bardziej popularnym sponsoringu, na które decyduje się część z nich. Dziś mówimy o szerokiej gamie epizodów fotograficznych, które odbywają się w całej Polsce, a także – jak się okazuje – w rzeczywistości studenckiej. Poruszamy temat pokazywania swojego ciała za pieniądze. Tylko pokazywania albo aż pokazywania. Bo od udziału w artystycznych sesjach do brania pieniędzy za fotografowanie się nago na przystanku MPK jest bardzo daleko...

Ciało jako rzecz artystyczna...

Aśka czuje się artystką. Studiuje na ASP, przygotowuje zestaw prac do dyplomu, wieczorami zajmuje się rzeźbą, trochę fotografuje i od kilku lat dorabia pozowaniem do aktów. Wynajmują ja prywatni fotograficy, czasem malarze, z rzadka także wykładowcy i instruktorzy kursów fotografii, kiedy akurat uczą swych podopiecznych robienia aktów. Na pytanie o specyfikę swojej pracy odpowiada: Spokojnie, ja pracuję wśród ludzi o naprawdę wysokiej kulturze. Nie przerabiam pogwizdywania, głupich uśmiechów i poklepywania po pośladkach. Pozuję tylko i wyłącznie do aktów, żadnej lekkiej erotyki, tym bardziej porno. To nie to środowisko. Czasem czuję się wręcz jak ukształtowany z plasteliny obiekt, na którym wiesza się różne rekwizyty i który obserwuje się tylko pod względem załamującego się na nim światła. O wysokości zarobków mówi: Biorę 200 złotych za sesję. Trwa około godziny, czasami dłużej, zależy od fotografującego. Od znajomych biorę mniej. Czasem, kiedy na sesję zrzuca się jakaś grupa fotografujących studentów, zdarza się więcej. Ilość zleceń? Kilka w miesiącu. Razem ze stypendium i kredytem studenckim w zupełności wystarcza na utrzymanie i realizowanie swoich pasji. Poza sesjami czasami dochodzi też dodatkowa gotówka, jeśli zdjęcie wychodzi ze zbiorów autora w dalszą drogę. Zgodnie z prawem oraz moralnością ludzi, z którymi pracuje Aśka, modelce oddaje się część honorarium za zdjęcie, które udało się sprzedać do reklamy albo jakiegoś magazynu. Nic dodać, nic ująć. Można powiedzieć – fajna robota. Jeśli oczywiście nie przeszkadza komuś niska temperatura w pokoju...

90 procent ściemniaczy...

– Jeśli wejdziesz na stronę z ogłoszeniami o pracy dla modelek, okazuje się, że 90 procent z nich to zwykłe pułapki, których nie zamieszczają żadni fotograficy i agencje, tylko zwykli kombinatorzy i naciągacze, którzy nie widzieli rozebranej dziewczyny albo kolekcjonują nagie fotki i chwalą się kolegom – opowiada nam Klaudia, która w okresie nauki w rzeszowskim liceum pozowała znajomemu, robiącemu reklamy dla lokalnych supermarketów. Po przyjeździe na studia do Krakowa znalazła kilka ogłoszeń w portalu dla modelek i modeli. Najciekawszy wydawał się akt w dawnych pomieszczeniach pałacowych. Zadzwoniła, umówiła się na spotkanie: Facet był z księżyca. Przyniósł kilka wydań zagranicznych gazet, w których pokazywał mi rzekomo swoje zdjęcia. Żadna sesja nie była podpisana tym samym nazwiskiem ani ksywką. No i jakie to materiały... Powiedzmy szczerze, to nie były akty – to były prymitywne rozbieranki. Pytam faceta o zasady, umowy, konkrety, a on gada jak nakręcony, że robi zdjęcia dla magazynów w USA, że to nie przedostaje się na polski rynek, bo to dla niego zbyt mało ambitne. Mówię, że pisał w ogłoszeniu o aktach, a on na to, że akty są dla przedszkolaków, a w biznesie trzeba pokazać konkret. Po prostu konkret – wszystko na talerzu. Tylko to interesuje klientów. Kiedy zadałam pytanie o kasę, zaczął się śmiać. Mówił, że o kasie to się rozmawia kiedy materiał się sprzeda, że najpierw trzeba ciężko pracować, że wcale nie wiadomo jak wyjdzie sesja, że dostanę około 1000 dolarów, kiedy materiał wyjdzie drukiem. Klaudia obiecała, że się zastanowi. Na wszelki wypadek zadzwoniła do kolegi, który wynajmuje studio fotografikom, i zapytała o zwyczaje w branży. Uświadomił jej, że trafiła na oszusta i naciągacza. Przeszła jej ochota na pozowanie dla ludzi z ogłoszenia...

Sesję rozbieraną obejrzę za darmo...

Rozpoczęcie przygody z pozowaniem za pieniądze nie jest łatwe. Poznaliśmy przynajmniej kilkanaście dziewczyn, którym ono nie udało się wcale. – Strony internetowe oferujące pracę dla modelek pełne są ogłoszeń chłopców, którzy za oręż swoich podbojów miłosnych przybrali aparat fotograficzny – zapewnia nas przez gg dziewczyna posługująca się ksywą Malwa. Sprawdzamy. Zgadza się. Wyglądają one mniej więcej tak: Jestem profesjonalnym fotografikiem, w zamian za pozowanie, wykonam modelkom profesjonalne portfolio. Albo: Uwaga – szukam modelek: akt i lekka erotyka, gwarantuję zwroty kosztów podróży, mogę też sam dojechać w obrębie 200 kilometrów od Poznania. Malwa radzi: Dziewczyny, po pierwsze: nigdy i nigdzie nie pozujcie za darmo, bo kiedy zobaczycie gdzieś swoje zdjęcie, będziecie się czuć jak zgwałcone. Po drugie: żaden profesjonalista nie będzie za wami jeździł przez pół kraju po to, żeby zrobić wam kilka zdjęć. Chyba że macie tzw. nazwisko. Ale wtedy to do was dzwonią, a nie na odwrót.

A jeśli już trafi się na uczciwych fotografików? – Nigdy nie szukam modelek przez ogłoszenia – mówi nam Jarek, fotografik, właściciel sklepu ze sprzętem i dobrego studia fotograficznego w Katowicach. – Najczęściej angażuje się do tego znajomych. Kiedy już chcę wykonać zdjęcia konkretnej osobie, dogaduję z nią warunki. Normalne stawki to od 100 do 800 zł za sesję, zależy od długości, no i od negocjacji z modelką. Dziewczynom z doświadczeniem w pozowaniu warto zapłacić więcej, bo mają wyraźny wkład w jakość zdjęć. Tymczasem trzeba uważać. Ogłoszenia, od których roi się w Internecie, skonstruowane są najczęściej tak, że inteligentny, myślący człowiek powinien już podczas czytania ich treści zauważyć, co jest grane. Ten, kto pracuje oficjalnie, podaje swoje imię i nazwisko, numer telefonu i adres strony internetowej, gdzie można zobaczyć przykładowe prace, a nie idiotyczną ksywę i numer gg. Fotografuję dla jednego z najlepszych polskich magazynów erotycznych – ściema. Wyślij mailem zdjęcie rozebranej sylwetki (podany e-mail w stylu foto_art.@...) – ściema. Robię zdjęcia, które ukazują się tylko na skandynawskich serwisach erotycznych – ściema. Nie dajcie się wrobić!

Nie ufaj nikomu!

– Ach, te ogłoszenia przemawiają tylko do łatwowiernych frajerów, ale mi się wydaje, że ta cała zabawa w pozowanie za pieniądze to jeden wielki matrix – opowiada nam Patrycja, absolwenta krakowskiego AWF-u. Kiedyś zastanawiała się nad pracą przed obiektywem. Jest ładna, ma niezła figurę, lubi pozować i lubi się bawić, więc – czemu nie? Przeczytała ogłoszenie w prasie. Przygotowała CV, zaniosła zdjęcia z wakacji. Rozmawiała z kobietą, która powiedziała jej, że potrzebują także jej akty. Poprosiła więc chłopaka – zrobił jej całkiem niezłe fotki. Bez studia, bez profesjonalnego oświetlenia, ale ciekawe. Wystarczyły. Patrycja podpisała umowę, mówiącą, iż agencja podejmuje się jej promocji. Poinformowano ją, iż jej zdjęcia zostają w bazie i że firma skontaktuje się z nią w ciągu maksymalnie dwóch miesięcy. Wszystko wydawało się być w porządku. Agencja wynajmowała ogromne biuro w samym centrum Krakowa, pracowało w niej kilkunastu ludzi. Modelki i kandydatki na modelki odwiedzały to miejsce tabunami. Podawano standardowe możliwości zarobku – do kilkuset złotych za sesję z aktem. Minęły dwa miesiące. Patrycja zapomniała o tamtej sprawie, rozpoczęła pracę w innym miejscu, jako kelnerka w luksusowej restauracji. Po kilkunastu dniach jeden z kolegów przyniósł do pracy wydruki jej zdjęć i zapytał, czy to ona. Powiedziała, że tak. Poszła do agencji. W ciągu weekendu zniknęła pozłacana tabliczka, szyld, reklamy i całe biuro. Kto to był, gdzie pojechał? Nikt nie wie, jak to w Polsce. – Wtedy zrozumiałam, że choćbyś nie wiem, jak wyglądał i nie wiadomo, jak uważał, to na wybiegi Mediolanu nie wyjedziesz jako model chyba nigdy – dodaje Patrycja. – Chyba, że stopem...

Hostessy bez biustonoszy...

– Podczas studiów licencjackich we Wrocławiu często dorabiałam jako hostessa – opowiada nam Ilona. – Czasami na promocjach, czasami na targach i konferencjach. Współpracowałam z renomowaną agencją, zarabiałam około 130 zł za dzień. Kiedy przeniosła się do Warszawy, naturalnie pomyślała, że na początek też może trochę popracować jako hostessa: W Wyborczej przeczytałam, że jakaś firma poszukuje hostess na targi. Zgłosiłam się razem z koleżanką. Zaproponowano nam po 250 zł za dzień. Fajnie, pomyślałam, co Warszawa to Warszawa. Na trzy dni przed targami zadzwoniłam zapytać się, jak mam się ubrać, uczesać. Usłyszałam, że wszystkim zajmą się charakteryzatorki. Trochę mnie to zdziwiło. Ale na dobre wystraszyłam się, gdy zobaczyłam plakaty reklamujące targi erotyczne w tym samym miejscu i czasie, w którym wyznaczono mi miejsce zbiórki. Poszłam do agencji, gdzie w końcu powiadomiono mnie, że mój strój służbowy to bikini i będę reklamować wytwórnie kaset z filmami erotycznymi. Jednocześnie pani powiedziała mi w tajemnicy, że mogę dostać 100 proc. premii, jeśli ograniczę się do stroju topless. No i na tych targach można liczyć na bardzo sute napiwki za pozowanie do zdjęć z klientami. Odpowiedziałam tylko, że do tego nie potrzebują hostess tylko dziewczyn do towarzystwa...

Studentki, ogórki, kajdanki...

Przemierzając bezkres Internetu, odkryliśmy, że słowo studentka jest swojego rodzaju fetyszem. A przynajmniej bardzo ważnym przymiotem, nadającym modelce znamion wyraźnej atrakcyjności erotycznej. Słowo studentki pojawia się wśród haseł reklamowych portali erotycznych mniej więcej z taką samą częstotliwością jak inne specyficzne kategorie: znane osoby, gwiazdy porno, stare baby, z ukrycia czy zabawy z jedzeniem. Weselsze reklamy idą nawet dalej: Zobacz, co robią studentki podczas sesji (i nie chodzi o uczenie się). Albo: Co się dzieje na imprezach w akademikach. Albo: Zobacz, co robią studentki, żeby zdobyć zaliczenie (hmmm, czy to nie zalatuje molestowaniem?).

Cóż... co prawda nie udało się nam odkryć czym się różni rozebrana studentka od swojej siostry bliźniaczki, która jest np. fryzjerką, ale przynajmniej przekonaliśmy się, iż dogłębna wiedza doceniana jest nie tylko w murach uczelni...

Tomcki – właściciel kilkunastu największych serwisów erotycznych w Polsce – zapewnił nas też, że dziewczyny pojawiające się na jego stronach jako studentki najczęściej są nimi naprawdę: Nie jestem co prawda realizatorem tych nagrań, ale z tego, co wiem, studentki stanowią znaczną grupę wśród naszych dziewczyn. Ile zarabiają: Wynagrodzenie za sesję fotograficzno-filmową (bez stosunku) ze sprzedażą praw do publikacji w Internecie (tylko tam) waha się pomiędzy 500 a 1000 zł, w zależności od tego, jak długo trwa sesja, co dziewczyna ma zrobić. A nie da się powiedzieć, że sesja jest sesji równa. Czasami aktorki po prostu się rozbierają, czasami markują jakieś zabawy, używają gadżetów erotycznych, a czasami są polewane np. jogurtem czy serkiem homogenizowanym. Wszystko zależy od pomysłowości realizatora, chęci dziewczyn i potrzeb klienta. Ten zaś ma najwidoczniej bardzo zróżnicowane wymagania. Serwis Podrywacze dokumentuje w pełni prawdziwe podrywy polskich dziewczyn (zakończone namacalnym efektem), Republika-Pornolia jest z kolei miejscem, gdzie żyją i oddają się wiecznym igraszkom dziewczyny zawsze spragnione seksu. W innych serwisach można zobaczyć np. wielkie biusty, zdjęcia robione z ukrycia (niby przypadkiem na plaży), w miejscach publicznych (park, przystanek a nawet autostrada) i w samochodach. Dla koneserów wykonuje się reżyserowane zdjęcia typu stopy czy up skirt (przypadkowe zaglądanie pod spódniczki) oraz obrazujące takie fetysze, jak stopy, rajstopy, zabawy z jedzeniem, z używaniem kajdanek, pejczy itp. Uff. I tam grają nasze koleżanki z uczelni? Śmiać się czy płakać?!

Uniwersytet Erotyczny

Czy w związku z tym można powiedzieć, że na uczelniach kwitnie porno-biznes? Z całą pewnością – nie. Przemysł erotyczny do świata studenckiego zakrada się na razie tylko małymi krokami. Co prawda jedna z prowokacji dziennikarskich wykazała niedawno, że do przeciętnego akademika można swobodnie wejść, nie będąc przez nikogo sprawdzonym (może to i dobrze, czy chcielibyśmy żyć w przeświadczeniu notorycznego zagrożenia wszędzie i wszystkim?), i zamontować kamerę pod prysznicem, ale ... na tę prowokację spadł deszcz krytyki. Po pierwsze, argumentowano, ukryta kamera to jeszcze nie żadne porno, po drugie – nikt, kto poważnie myśli o sex-biznesie, nie wpadłby na taki pomysł. – Gdybym miał posyłać ludzi do montowania kamer i codziennie sprawdzać, czy tam są, to chyba założyłbym firmę detektywistyczną. O wiele taniej jest wynająć dwie, trzy dziewczyny i nagrać normalny film kamerą przerzuconą ręcznikiem, który można normalnie puszczać w sieci jako autentyk. Poza tym za coś takiego można przecież iść do pierdla – twierdzi Igor, który na prowadzonej przez siebie stronie internetowej oferuje autentyczne wizyty w damskich prysznicach oraz internetowe spotkania sam na sam z dziewczynami, których zachowanie można śledzić na ekranie dzięki kamerom internetowym. Taki film ma jeszcze jeden plus: Nie wiem, co prawda, co wyczynia pod prysznicem przeciętna studentka, ale te, które grają u nas, robią chyba dokładnie to, co każdy nasz czytelnik chciałby podejrzeć.

Nie jest zatem tak źle. Jest chyba tak jak gdzie indziej. W życie studentów wdała się po prostu o wiele szersza niż dawniej skala szarości. Mało rzeczy postrzeganych jest czarno bądź biało. I trudno się tu silić na moralizatorstwo. Jak to mówią: student też człowiek. Zwykły, czasami moralny, czasami wiedziony chęcią szybkiego zarobku człowiek. Ot co...

źródło: http://kiosk.onet.pl/magazyn/1235423,2562,1,artykul.html

Categories: